winey.pl

Winna grupa docelowa

Nadobna Marianna od pewnego czasu próbuje uwieść mnie i namawia, abym zajął odbiegającymi od normy zachowaniami w marketingu wina; chodzi o rynek przede wszystkim hiszpański. Szkopuł w tym, że nie jestem do końca przekonany, czy wiem, co to jest winna grupa docelowa nawet tutaj, w Polsce, a jeszcze, jeśli dodać do tego Powiatową, gubię się całkiem.

W końcu w marketingu najważniejszym jest zrozumienie, do kogo chcemy dotrzeć. W zasadzie sam powinienem przeprowadzić analizę mojej grupy docelowej, bo w końcu dobrze jest wiedzieć,  komu potrzebne jest moje pisanie; intuicyjnie przeczuwam, że w jakimś stopniu pokrywa się to z rynkiem wina, ale co to jest rynek wina i czy w każdym kraju chodzi o to samo?

Z grubsza: informacji o winie poszukują w sieci zainteresowani winem. Banał. Patrząc na to masowo, kieruje ich do informacji przeglądarka. Wystarczyłoby zatem dobre pozycjonowanie. Trochę masło maślane, gdyż dobrze się pozycjonować znaczy ni mniej ni więcej dobrze zdefiniować grupę docelową.

Należałoby zrozumieć, zatem, jaki ma zasięg rynek wina. Istniejące w sieci źródła wiele podają danych na temat grup docelowych poszczególnych marek, na temat opłacalności inwestowania w wino, czy whisky, nie znalazłem jednak rezultatów socjologicznych badań, być może dlatego, iż nie ma czegoś takiego jak globalna grupa docelowa wina, a każdy kraj dostarcza zupełnie innych danych.

Jeżeli dodamy do tego jeszcze zainteresowania mieszane, na przykład wino i filozofia, sprawa się komplikuje, jako że zainteresowania wcale się nie dodają.

Przychodzi mi zatem do głowy przyjrzeć się karierom i postępowaniu ludzi zajętych winem w świecie, wiedząc jednak, że jest to przyglądanie ryzykowne i delikatne. No bo, jeśli weźmiemy francuskie enfant terrible marketingu winnego, dziarskiego 81-letniego staruszka Bernarda Magrez, to nie może on wcale być przykładem z podręcznika, bowiem większość francuskich właścicieli i wytwórców podchodzi doń z nieufnością, nie ma  — przecież — za sobą spadków i wiekowej tradycji, a do wszystkiego doszedł własną pracą (tam też do takich podchodzą jak do jeża).

Możemy próbować zaczepić Roberta Parkera, ale to też szczególny gigant, w którym trudno znaleźć zwierciadło odbijające, czym jest faktycznie rynek wina. Gdyby odwiedzający mnie Szanowni Czytacze bardziej byli skłonni do wysiłku, zaprosiłbym ich do dyskusji na ten temat, niestety jednak jednego jestem pewien: tak leniwych czytaczy rzadko który bloger posiada.

To też, być może, wynika z niedopasowania do grupy docelowej. W Polsce trudno jedną nogą być w Powiatowej, a drugą wśród wielkomiejskich elit. Właśnie, jako że polski amator wina, ze względu na specyficzną historię nie jest zupełnie przedstawicielem powszechnego i powiatowego suwerena. Nasz suweren zgrzebny jest i wyrósł z plebejskiej tradycji, w której prym wiodą kasza i gorzałka, przy tym raczej siwucha, winem natomiast zalewała robaki lepiej uposażona szlachta, w większości zapatrzona na śródmorze.

I to winem po wschodniemu słodkim jak ulepek do tortowych deserów, absolutnie obcym intelektualnym wygibasom sommeliera, któremu taniny podniebienie zamieniły w podeszwę. Dlatego w Powiatowej sławny byłbym, gdybym recenzował sauterny i słodkie kadarki  i podbijał bębenka tutejszym nowobogackim, natomiast Wielkie Miasta widzą we mnie niedopasowanego do ich wyobrażeń potworka. Jedni i drudzy nie znoszą filozofowania, jako że szkołę im to przypomina i każe myśleć, co wcale nie jest proste.

A przecież człowiek zmierza do przyjemności (patrz Youval Harari), zatem i wino ma z przyjemnością kojarzyć. Za Magrezem stwierdzając, że wino to “niebo, ziemia i człowiek”, zaś niebo utożsamiając z bóstwem i dedukując, że Homo Deus zastąpi kiedyś w ogóle człowieka, trójca Magreza stanie się w istocie dwumianem, tyle tylko, że wieszczę, iż ziemię w nim zastąpi przemysł. W Polsce natomiast przyjemność musi być słodka i już.

Przecież przyjemność pełna goryczy i tanin to prawie LGBT, czyli be, nie dla prostego człowieka, a więc winem ex definitione quoniam uidem multi conati sunt ordinare narrationem etc zachwycają się dwuznaczne wielkomiejskie elity. Komu w Powiatowej potrzebne jest wino? Zaiste, napój ten jest dla freaków, hipsterów i całego tego tałatajstwa, z którym postanowiliśmy powalczyć w nadziei, że świat wróci do czasów przed rozbiorami.

W Polsce więc winna grupa docelowa obejmuje przede wszystkim hipsterów, zwłaszcza hipsterów, a może wyłącznie hipsterów.

Nadobna Marianno, tacy zawsze byli w innej parafii. Nie ma co dziwić się, że do hipsterów dociera marketing hipsterskimi metodami. No bo jeśli przeczytamy taki, na przykład, pierwszej cudowności tekst – tutaj -, to natychmiast pytanie się nasuwa, czy mógłby napisać ten tekst przedstawiciel suwerena?

Do tego jeszcze hipsterzy hiszpańscy o wiele bardziej są inni niźli nasi, bo naszych powstrzymuje chociażby wspomnienie miejsc, skąd przybyli i trzeba będzie kilku pokoleń (bez dronów i ich strącania), aby o przodkach swoich zapomnieli (mimo że u pewnego prezesa wystarczyły dwa pokolenia, aby stał się prawie szlacheckim katolikiem).

Zauważam jednak przy tym, że Wielkie Miasta nasze podbijają wszystko po kraju granice (nie ośmielę się zauważyć, że warszawskie rejestracje budują rezydencje nawet pod Grajewem), co zwiastuje rychły koniec suwerena i gremialne przejście Powiatowej na hipsterkę, a w ten to sposób zatrzymamy landyzację i rozbicie dzielnicowe, ryzykując w zamian sytuację, kiedy to Powiatowa stanie się armią pracy półniewolniczej utrzymującą Stolicę.

No, chyba że suweren nasz na tyle silny w sobie i dla siebie będzie, że Stolicę zupełnie w Powiatową wessie. Ale tak daleko wyobraźnia moja nie sięga. I to by było na tyle.

Exit mobile version