winey.pl

Chciałbym się napić prawdziwego wina

I natychmiast w oczach pojawia się reklama “prawdziwej włoskiej kawy“. Robią nam wodę z mózgu te reklamy, zaiste. Przekaz podprogowy dobija się do komórek, sączy porami skóry, ingeruje w algorytmy zachowania, a potem manipulanci wmawiają nam, iż pochodzi od Siły Najwyższej. Tak samo z winem.

Tworząc osobę z zadanym od dziecka językiem przyjmujemy wzorce i dopasowujemy do nich świat zauważany, a także przeżywany. Potem przez całe życie sprawdzamy w doświadczeniu ważność symbolu. Kiedyś tam w dzieciństwie przykleiliśmy sobie słowo wino do flaszki z jakimś płynem. Następnie dopisywaliśmy do tego całą resztę, smak, terroir, uwarunkowania kulturowe, a słowo ciągle pozostawało takie, jak w dzieciństwie. Zawsze i wszędzie formalnie po polsku jest to w-i-n-o.  A tyle w sobie różnorodności zawiera.

I za każdym razem mówiąc o nim mówimy faktycznie o jakiejś cząstce. Natura przekazu powoduje, że cząstka ta w głowie zawsze staje się całością, występuje jako symbol pokrywający inne cząstki, a zatem ciągle rozprawiamy o czymś innym. No i budujemy zamki na lodzie, albo na piasku, jak kto woli.

Więc do ad remu przechodząc i dobrze się przyglądając, wszystkie te wina, o których pisze Parker, a także wszystkie te wina, o których pisze Nossiter i zresztą wielu innych, nie mają nic wspólnego z codziennie przez niektórych wypijanymi flaszkami z marketów, sklepów osiedlowych, czy nawet piwnic. Więcej, idąc za kryteriami wspomnianych powyżej, prawdziwe wino jest tam, gdzie jego rzeczywisty wytwórca. Cała reszta to oszustwo, albo przemysł dla masowego konsumenta.

Stąd konkluzje strasznie elitarne i mało optymistyczne. Aby poznać wina prawdziwe, trzeba mieć w sobie motywacje. Te zaś przychodzą z kulturą. Cham za prawdziwym winem nie zatęskni. Kultura zaś to wiedza. Ignorant za prawdziwym winem też gonił nie będzie. Trzeba też mieć pieniądze. Bidok, nawet jeśli nie cham i nie ignorant, zatęskni, no i co z tego, do wytwórcy gdzieś tam w Burgundii nie dojedzie, no bo niby za co. A i tych wszystkich wspaniałości paryskich, katalońskich, baskijskich, kalifornijskich nie zazna.

Pozostanie mu wirtualny zamiennik z marzeniem, aby chociażby Losada z nieba spadła. No ale flaszka takiej Losady to jedna trzecia bidnej emerytury, więc nawet wirtualnie nie idzie tego pogodzić z fizycznym doznaniem, które mogłoby być bramą do raju, chociaż wcale nie musi. Po takich konkluzjach przestaje dziwić fakt, że w czterdziestomilionowym narodzie blogi o winach czyta 150 osób i z pewnością ich więcej nie będzie, a każda z nich aspiruje do 1% światowej populacji. Czyli tych, których stać będzie na ewakuację z Ziemi, z takim – dajmy na to – Muskiem.

Exit mobile version